Prąd, ale skąd?

, 17 lutego 2011, 0:00

Zewsząd dowiaduję się, że niedaleką przyszłością motoryzacji będą samochody elektryczne. Nie tam żadne hybrydy, ale takie bardziej zaawansowane meleksy, które podłączać będziemy na noc do gniazdka jak telefon komórkowy. Nie tak dawno oddano nawet do użytku pierwsze w Polsce stanowiska do zasilania elektrosamochodów. Będzie więc nowocześnie, a do tego ekonomicznie i oczywiście niezwykle ekologicznie.

Nie mam nic przeciw postępowi, ale parę rzeczy mi się w tej nowej ideologii nie zgadza. Po pierwsze, polska sieć energetyczna to bida z nędzą, która ostatnie większe inwestycje przeżyła za czasów Polski Ludowej. Według ekspertów, gdyby tylko 15% eksploatowanych obecnie w Polsce samochodów zastąpić pojazdami elektrycznymi, wszystko zaraz szlag nagły trafi, a kraj cały zatonie w ciemnościach.

Po drugie, tak się składa, że w kraju naszym elektrownie opalane są węglem – do wyboru kamiennym lub brunatnym i ulga jaką rzekomo odniesie środowisko dzięki elektrycznym samochodom jest pozorna, bowiem wyprodukowanie energii potrzebnej do ich napędzania będzie się wiązało z wypuszczeniem większej ilości dwutlenku węgla, niż by go powstało w wyniku spalenia benzyny w zwykłych samochodach. Żeby to wszystko miało sens, potrzebna są gigantyczne inwestycje w elektrownie atomowe, wiatrowe i nowoczesną sieć przesyłu. Widząc, co się przez ostatnich dwadzieścia lat zmieniło na kolei, śmiem wątpić, że w ciągu najbliższego ćwierćwiecza doczekamy się nowoczesnej energetyki.

Wreszcie kwestia ekonomiki. Zwolennicy pojazdów na prąd pokazują czarno na białym, że koszty ich eksploatacji są wielokrotnie niższe niż samochodów na benzynę. No dobrze, ale podatek wliczony w cenę energii elektrycznej jest znacznie niższy niż w przypadku paliw. Teraz fiskus nie zawraca sobie tym głowy, ale jakoś wierzyć mi się nie chce, że nie zareaguje, kiedy dostrzeże, że z powodu rosnącej liczby samochodów na prąd jego wpływy maleją. A wtedy może mu przyjść do głowy jednakowo wysokie opodatkowanie prądu niezależnie od tego, czy służy on do zasilania lodówki, czy samochodu – żeby rzecz jasna nie tworzyć okazji do nadużyć. A wówczas, obywatele, trzymajmy się za kieszeń.

Grzegorz Kacalski

Komentarze

Brak komentarzy