Podwyżka, czyli obniżka

Redakcja, 18 lipca 2017, 11:53

Do Sejmu trafił projekt ustawy o wprowadzeniu opłaty paliwowej. Jak zwykle przy takich okazjach, obywatele zostali zapewnieni, że to dla ich dobra. W ten sposób państwo uzyska dodatkowe pieniądze na remonty dróg.

Jak zapewniają pomysłodawcy projektu, wprowadzenie opłaty wcale nie oznacza, że ceny paliw podskoczą. Nasze dwa „rafinery” ścigające się zazwyczaj na podwyżki jak rącze konie, jednym głosem zapowiedziały bowiem, że jest tak byczo, iż nie mają zamiaru podnosić cen, czyli de facto dołożą się do owych remontów dróg.

Pewien przytomny ekonomista stwierdził, że to „dołożenie” przekroczy marże wypracowane przez koncerny paliwowe, a to oznacza, że brak podwyżek cen paliw dostarczanych przez rafinerie będzie działaniem na niekorzyść spółki, a na to są paragrafy. Inny znany ekonomista „uspokaja” jednak, że owszem, podwyżek nie będzie, ale najwyżej przez kilka tygodni, dopóki sprawa nie przyschnie.

W tym całym galimatiasie na szczególną uwagę zasługuje wypowiedź posła sprawozdawcy, który rezolutnie wyjaśnił obywatelom, że na wprowadzeniu opłaty paliwowej oszczędzą, bo dzięki temu, że pojawią się ekstra pieniądze na remonty, jakość dróg się polepszy, więc samochody będą się wolniej zużywać i kierowcy będą mniej wydawać na naprawy.

Trudno przeciwstawić się tej żelaznej logice. Proponujemy zatem pójść dalej i wprowadzić tak wysoką opłatę paliwową, żeby benzyna kosztowała osiem złotych za litr. Wówczas ludność będzie mniej jeździła samochodami, a dzięki temu jeszcze więcej zaoszczędzi na naprawach. Prawda, że to logiczne? Zaraz, zaraz, spokojnie, to tylko sarkazm, znaczy się żart, panie pośle.

Grzegorz Kacalski Artykuł ukazał się w numerze 7/2017 miesięcznika Świat Motoryzacji

Komentarze

Brak komentarzy